Temat: [rel] Tatry pierwszy raz na poważnie
Kilka słów z mojego 4-dniowego łażenia po Tatrach.
Słowem wstępu chciałem powiedzieć, że Tatr jakoś nigdy specjalnie nie lubiłem, bo byłem tam kilka razy i albo pogoda była tak biedna, że zęby bolały, albo tłum taki, że bolały też dziąsła. Ale nic to. Zdawszy w trzecim terminie ostatni egzamin sesji IV semestru, jako szczęśliwy student semestru V, roku III spakowałem kilka rzeczy do plecaka i pojechałem.
Dnia pierwszego urządziłem sobie spokojny spacer z Doliny Chochołowskiej do Schroniska na Hali Ornak przez przełęcz Iwaniacką - przez Chochołowską przelatuję ekspresem, fragment na mapie opisany na około 2h (1:50?) robię w 1:15 i bez namysłu skręcam na żółty szlak. Szlaki poznaczone genialnie, ruch niewielki ze względu na padający delikatnie śnieg i generalnie biedną pogodę. Po około pół godzinie spotykam człowieka...
-cześć!
-cześć.
-jak tam szlak wyżej?
-spoko. Słyszałeś, że na Ornaku widziano panią misiową z dwoma misiątkami?
-o szlag.
-miłego!
-również.
I rozchodzimy się na dwie strony. Po chwili spotykam jeszcze dwie ładne turystki (szkoda, że idą w dół :-(). Za to około 1300m zaczyna się wypogadzać, wychodzi na chwilę słońce, a razem z nim na szlak wyłazi... Lis. Chwilę się sobie przyglądamy, po czym on idzie w las, a ja dalej szlakiem. Na przełęczy przerwa na popas, znalazłem czołówkę bo zaczynało się robić ciemno i w dół. Szlakową godzinę pokonuję w ekspresowe 50 minut i melduję się w schronisku trochę po zmroku. Niespotkawszy misia. Nad piwkiem analizuję mapę na jutro.
W piątek rano budzą mnie najpierw współlokatorzy. O 5:30 idą biegać. A idźcie w diabły. Przynajmniej zrobicie rozeznanie pogodowe. Ja zwlekam się dopiero o 7:30, śmiechy-chichy z innymi współlokatorami i na śniadanie. Dzisiaj mam w planie skutecznie ominąć Czerwone Wierchy, schodzę więc kawalątek ze schroniska i pnę się na Tomanową Przełęcz, gdzie ma odchodzić szlak czerwony do Doliny Cichego Potoku. Nie odchodzi. Idę więc na Czerwone Wierchy. Na Chudej Przełęczy zamieniam kilka słów z napotkanymi turystami, dzwonię do domu i do Murowańca:
-macie jakieś wolne miejsca na dzisiaj?
-mamy, ale mogą się skończyć. Jest 30 wolnych.
-to biegnę!
Przez Czerwone idzie się bardzo przyjemnie. Lekko zaczyna wiać wiatr, ale generalnie szału nie ma. Zza chmur przebłyskuje słońce, które opala mnie tak kretyńsko jak tylko można (na głowie mam bandanę zaciągniętą na uszy i czoło. Opaloną mam tylko twarz z takim cudnym łukiem nad oczami...). Z Suchej przełęczy dzwonię na Halę Kondratową:
-znajdzie się łóżko dla turysty na jedną noc?
-sorry. Gleba.
-To dzwonię do konkurencji!
I dzwonię do Murowańca:
-dzieńdobry, chciałem jeszcze raz zapytać, czy faktycznie nie ma opcji rezerwacji jednego miejsca na noc?
-jednego? Spoko, ale w 10-osobowej sali.
-Och nie, jak ja to przeżyję! 10 osób w pokoju! Aaaa...
No to siach - lecę na Kasprowy. Pogoda co raz gorsza. Piździ, za przeproszeniem, jak pieron. Na Kasprowym zjadam cholernie drogi obiad i schodzę na Halę Gąsienicową. Przyjemna pani (pozdrawiam!) deleguje mnie o pokoju nr 5. Ekipy, która miała tam spać jeszcze nie ma. Dziwne...
Kupuję piwo i siadam nad książką, potem prysznic, potem znów piwo i książka. Cudownie jest móc nie myśleć o niczym. O 21:30 kładę się spać (sam w 10-osobowej sali). O 22:00 słyszę pukanie do drzwi
-prosszszz...
-Dzieńdobry! (do pokoju wchodzi miły, acz łysy pan w polarze) Przynieśliśmy gruszkówkę łącką!
-Ooooo! Wchodźcie!
Do pokoju wpada banda pięciu informatyków z Rzeszowa i Warszawy (pozdrawiam!). Gadugadu, spożywamy pół litra gruszkówki i pół litra truskawówkówki. Padam na łóżko i śpię do rana.
Sobota zaczyna się lekkim bólem głowy i SMSem od Agaty (z którą jestem umówiony w schronisku): "idziemy". Odpisuję: "chodźcie" i patrzę na zegarek... 8:00... To powoli się zbieram. O 8:45 schodzę na śniadanie, a moja ekipa już siedzi. Jemy śniadanie, pijemy herbatę, planujemy. Idziemy niebieskim szlakiem przez Czarny Staw na Zawrat. Wychodzą dwie grupy szturmowe: Krzysiek z kolegami i Agata, Aneta oraz ja. Później. Jeszcze wymiana trunków ("damy nie noszą wódki po górach!") i ruszamy. Nad Czarnym Stawem zaczepia nas pan i pokazuje nam kozice. Osiem sztuk. Piękne! Mówi, że to dobry znak, a pogoda się pogarsza - nadchodzą chmury i lekko wieje. W Murowańcu były 3 stopnie, czyli na Zawracie powinno być -2. Idziemy. Pierwszy kawałek, przed łańcuchami, słyszy od nas dużo ciepłych słów, głównie na brak raków, które nie były niezbędne, ale byłyby pomocnymi. Łańcuchy zaś to czas, kiedy człowiekowi bez raków życie przelatuje przed oczami, następują modlitwy do Matki Boskiej Górskiej, Rakowej, Czekanowej i Zawratowej o to, żeby przeniosła nas jak najszybciej na przełęcz. Było ostro, po 150 minutach walki cała grupa, pardon, mocno posrana (ze strachu), poobijana dociera na Zawrat. YES, YES, YES! Udało się. Żyjemy. A to przy okazji mój rekord życiowy - 2159m npm. I to w warunkach lekko zimowych. Schodzimy bezpiecznie i spokojnie do "Piątki". Po drodze łupiemy bronka po zejściu na poziom schroniska. Rozpykujemy panoramkę, uczę Anetę obsługi mapy i kompasu, gadamy, śmiejemy się. I w końcu atakujemy schronisko, gdzie zajmujemy sobie glebę obok Eli i Roberta (również pozdrawiam!). W czasie wieczornej imprezy poznajemy kilka osób w tym Niemców, gadamy w sumie w 5 językach (polski, słowacki, węgierski, niemiecki, angielski) i padamy do śpiworów.
Niedziela do spokojne zejście do ceprostrady na Moko i dalej do Palenicy. Bez szału i w zasadzie gdyby nie absolutnie niesamowita widoczność (ZERO chmur!) nie byłoby co wspominać. Ale to zostaje w głowie, bo aparat leżał w domu.
Podsumowując: wyjechał w Tatry człowiek nie nastawiony do nich entuzjastycznie, wrócił człowiek mocno zakochany w najwyższych polskich górach.